Autor: Komis Płytowy Katowice. Źródło: Facebook
Odcinek pierwszy – LABEL:
Obecnie wszystko jest dużo prostsze: mamy niezliczoną ilość informacji o płytach i wydaniach w internecie.
Nawet na łowach w terenie można otworzyć discogsa w telefonie i porównać.
Nie zawsze jednak tak było, a i często nadal nie ma na to czasu, kopiąc w setkach czy tysiącach płyt.
Wiele jednak widać już po samej okładce, jej grubości, napisie mono, starym (prostym) numerze katalogowym, itp.
Jeśli widzimy kod paskowy lub nazwę serii (np. fame) na płycie z lat 70tych to już wiemy, że to późniejsze wydanie…
Podstawową jednak i najpewniejszą moją metodą aby zidentyfikować płytę jest label a właściwie jego wygląd. Nawet nr katalogowy bywa bowiem niezmienny a label miał różne wariacje na przestrzeni lat.
Weźmy taki Neu! ’75 – na zdjęciu widnieje zielony label Brain czyli oryginał z 1975 roku.
Kolejne wydanie tej płyty z 1977 roku (ten sam nr katalogowy na okładce) to już label pomarańczowy.
Dokładniej takie były wariacje:
Green Brain Metronome: 1972-1974
Green Brain: 1974-1976
Orange Brain: 1977-1980
Black Brain: 1980-1990
Wystarczy zapamiętać, że wszystkie te piękne krautrocki z Brain do 1977 roku powinny mieć zieloną nalepkę (label). W ten sposób kupujemy oryginały lub wczesne wydania…
Na tej samej zasadzie działamy z innymi wytwórniami.
Jeśli wiemy, że pierwsze Doorsy to Elektra (Gold/Tan – Złota/Opalona) to np. płyty Love też takie powinny być. ![]()
Później były to Elektra czerwona, tzw. butterfly, itd.
Tak samo z pierwszym King Crimson (solid pink Island) czy późniejszym wydaniem (Pink Rim Island)…
Niestety jak zawsze istnieją wyjątki, które potwierdzają regułę a sama znajomość nawet tych podstawowych labeli to przyjemna ale czasochłonna nauka.
Kolejna zła wiadomość: ta zabawa w nalepki to często dopiero początek, taki złapany trop ![]()
Odcinek drugi – NUMER KATALOGOWY:
Czasami metoda labela, o której było wczoraj zawodzi bo np. było bardzo dużo zmian, albo odwrotnie nie było ich w ogóle.
Dobrym przykładem będzie MUZA a dokładniej Polskie Nagrania Muza.
Oczywiście można zauważyć pewne różnice w wyglądzie labela jak lifting koguta czy też kompletna zmiana logo. Łatwo połapać się, że wszystkie jasne nalepki na płytach to wydania z lat 80tych.
Są desperaci, którzy próbują nawet określić datami kolory nalepek MUZY tak jak podałem to wczoraj na przykładzie niemieckiego BRAINa.
Jest to jednak bardzo zagmatwane i wydaje się, że label był w takim kolorze jaka akurat farba była w drukarni (kryzys).
W przypadku Polskich Nagrań pewniejszą metodą dla mnie jest znajomość numerów katalogowych a dokładniej to ich prefiksu.
Weźmy te cztery edycje płyty Ewy Demarczyk. Wszystkie mają ten sam numer 0318 ale inne litery (to ten prefiks właśnie).
Wbrew pozorom nie jest to skomplikowane:
XL określało płytę mono
SXL płytę stereo
Od połowy lat 70tych (1975/6):
SX stereo
X mono
Kupując więc płyty z numerami XL czy SXL mamy tzw. pierwsze lub wczesne wydania. SX to repressy stereo, a X repressy mono (płyty nagrane tylko monofonicznie).
Istnieje dużo reedycji oficjalnych i nieoficjalnych (piraty), które mają identyczne labele jak oryginały (kolor, numer katalogowy).
Odcinek trzeci – MATRIX:
Właściwie to numer Matrix (może być pisany ręcznie lub stemplowany) na tzw. hamulcu płyty (ang: run-out, run-off groove area, end-groove area, matrix area, czy też,chyba najczęściej używany, dead wax).
Nie jestem specjalistą w tej materii. Ktoś spyta: tyle lat w tym siedzi i się nie zna? Myślę, że to właśnie dlatego. Kiedy sprzedawałem płyty w sklepie w 1999 roku, to nie miałem nawet internetu. Tak popularny dzisiaj discogs raczkował. Przez te wszystkie lata, każdego dnia użytkownicy z całego świata dodają do bazy danych na discogs setki nowych numerów matrix, a i tak są to informacje niekompletne…
Oczywiście szukało się tych słynnych oznaczeń A1/B1 co zapewniało tłoczenie z pierwszej matrycy (kolejne to teoretycznie już bardziej zniszczona taśma matka). Te numery jednak bywają tak skomplikowane, że tego po prostu nie sposób zgłębić. Nawet mając już tzw. first pressa (UK A1/B1) może się okazać, że jakiś psychofan Pink Floyd z Manchesteru, Frisco czy Koziej Wólki udowodni, że on ma wcześniejsze tłoczenie (U1/U2) i niestety… może mieć rację. Zwłaszcza popularne tytuły były tłoczone w kilku tłoczniach (z kopii tej mitycznej taśmy matki), rowki były nacinane przez innych ludzi (matryca) i tak pierwsze wydanie, z tego samego kraju, może się bardzo różnić dźwiękiem.
Sam sporadycznie używam określenia first press, bezpieczniej będzie pierwsze wydanie albo oryginał. ![]()
Wracając do tematu, numery matrix to najlepszy sposób na zidentyfikowanie płyty, pod warunkiem, że mamy rzetelną bazę danych. Tak jest np. w przypadku strony pinkfloydarchives.com
Mamy np. taki, amerykański Obscured by Clouds. Po labelu i nr katalogowym potrafię rozpoznać, że to czwarte wydanie z USA. Nr matrix określa nawet dokładnie gdzie płyta została wytłoczona (w tym przypadku pozycja B4):
Pressing Plant & Stamper/Matrix Information: (side 1 / side 2)
A) Capitol Records, Jacksonville, Illinois
1) SW 1 11078 F7 #2 (an ST is scratched out) / SW-2-11078 G16 #1 (both written) [0 MBC]
2) ST-1-11078 F21 #1 Wally / SW-2-11078 G16 #1 (both written) [MBC]
3) ST-1-11078 F21 #1 / SW-2-11078-G25 #1 (both written)
B) Capitol Records, Winchester, Virginia
1) SW-1-11078-G15#2 (an ST is scratched out) / SW-2-11078 F18 (both written)
2) SW-1-11078-G15#2 (an ST is scratched out) / SW-2-11078 F18 #2 (both written) [−< MBC]
3) SW ST-1-11078-G15#2 / SW ST-2-11078 G10 #3 (both written) (ST is scratched on both sides) [−< MBC]
4) SW-1-11078 G24 #2 / SW-1-11078 G19 #4 (both written) [−< MBC]
5) SW-1-11078-G26 x 202)c #2 Ed / SW-2-11078 G24 x 202 Ed (both written) [−< MBC]
Sami widzicie ile tych numerów jest, a to tylko czwarte wydanie z USA.
Tego się nie da nauczyć na pamięć. ![]()
Na koniec jeszcze o reedycjach, czy też pirackich płytach. Jeśli nie jesteśmy pewni po nr katalogowym i labelu, że to oryginał (np. okładka wygląda jak nowa), to warto sprawdzić numery matrix choćby na discogs co pozwoli rozwiać wątpliwości.
A o tym co jeszcze można odczytać z hamulca płyty w następnym odcinku zatytułowanym DEAD WAX.
Odcinek czwarty – DEAD WAX:
Na to co znajduje się na tzw. hamulcu płyty warto zwracać uwagę nie tylko w poszukiwaniu numeru matrix.
Na wielu niemieckich płytach z lat 70tych wybijano m.in. datę produkcji. Rzut okiem i już wiemy, w jakich latach wyprodukowane są np. moje niemieckie Jamesy Browny z Polydoru.
Na dead wax możemy dostrzec czasami inicjały czy nazwisko inżyniera dźwięku (RVG, Rudy Van Gelder) lub informacje o człowieku, który odpowiedzialny jest za przygotowanie matryc. Najbardziej znanym i zabawnym zarazem, jest angielski fachowiec od nacinania rowków – George Peckham, który często zaskakiwał tym co wypisywał na „swoich” płytach (nie tylko w UK). Co więcej, często można znaleźć tzw. hidden messages od samych muzyków na dead wax właśnie.
Zauważyłem to zwłaszcza zbierając płyty punkowe na przełomie lat 80/90tych, przykładowe wiadomości:
LP CRASS to np: FIGHT WAR NOT WARS czy też MAKE LOVE NOT WAR.
LP MDC: NO WAR, NO KKK, NO FASCIST USA
LP FUGAZI: FUCK YOU, YOU GET THE RADIO
Takie przesłania są jednak na wielu płytach bez względu na rodzaj muzyki (Iron Maiden, Brian Eno, Genesis, Foreigner i setki innych).
Wracając do first pressów. Czasami to co jest na dead wax to praktycznie sprawa najważniejsza. Idealnym przykładem jest kultowa firma BLUE NOTE. Wariacje wczesnych labeli są dosyć proste do nauczenia, jednak to nie label, ani nie numer katalogowy świadczy o tym czy mamy w ręce oryginalnego Blue Note’a, tylko skromne „ucho”. W zasadzie jest to kursywna literka P, która widnieje na wszystkich oryginałach tłoczonych w Plastylite, a nie ma jej na żadnym egzemplarzu tłoczonym po 1966 roku kiedy to firma należała już do Liberty Records. Nowy właściciel nadal używał starych nalepek i to właśnie ucho (jego brak) świadczy o tym, że mamy repressa, a różnica jakości dźwięku i ceny może być spora.
Oczywiście są jeszcze inne wyznaczniki, które pozwalają nam nawet dokładniej sprecyzować lata wydania (wygląd inicjałów RVG, waga płyty, Deep Groove label, etc.) jednak ucho musi być!
Odcinek piąty – OKŁADKA:
Czyli to co obok samej muzyki lubię najbardziej.
Od dwóch lat opowiadam tu bardzo często o tzw. gimmick covers, iluzjach optycznych, itp.
Chyba najbardziej podobały się Wam ukryte narządy płciowe na okładce, wydawałoby się zawsze poważnego, Rogera Deana (Uriah Heap) ![]()
Bywa tak, że to właśnie opakowanie, a nie sama płyta ma większe znaczenie kolekcjonerskie, ba decyduje o tym, że mamy w rękach tzw. first pressa.
Kilka razy w życiu miałem angielskie oryginały debiutanckiego albumu Led Zeppelin. Wszystko się zgadzało: label, nr katalogowy, nr matrix, itd. Jednak nigdy nie było mi dane mieć kompletnego, pierwszego wydania!
Dlaczego? Ponieważ o tym decyduje okładka właśnie. Muzycy Zeppów stwierdzili, że kolor pomarańczowy bardziej pasuje do ciężkiego rocka zbyt późno i ok. 2000 egzemplarzy trafiło do sprzedaży w kolorze uspokajającego turkusu.
Jeszcze bardziej zawiła historia to np. „rzeźnicka okładka” The Beatles, którą dziś można spotkać w trzech wariacjach (3 states), w skrócie: oryginalną, zalepioną i odlepioną.
O wartości naszych first pressów mogą decydować też inne detale jak niski numer oryginału „Białego Albumu” czy też unikalna wersja okładki przykładowo hiszpańskie wydanie Sticky Fingers, które dużo trudniej kupić niż powszechnie znaną wersję Andy Warhola z kroczem jakiegoś modela i suwakiem.
O wartości naszego first pressa decyduje też to, czy jest ono kompletne. Plakat i zdjęcia z płyty The Beatles łatwo zdobyć ale już o majtki (panties) ze „School’s Out” Alice Coopera może być trudno.
To one w tym przypadku decydują głównie o cenie, zwłaszcza jeśli są jak nowe. O wpływie stanu całości (płyta, okładka, wkładki) na cenę będzie jednak przy innej okazji…
Podsumowując: o tym czy udało nam się upolować first pressa decydują szczegóły. Musi się zgadzać wszystko: label, nr katalogowy, matrix, okładka, etc. a o wartości może decydować ucho albo majtki. ![]()
Na zdjęciu dosyć szybko wycofana z rynku, ze względu na spore koszta, okładka Catch a Fire