Jakiś problem?

KRZYSZTOF WACŁAWIAK – Walenie w buszu czy nokaut?

Heavy metal to bękart rock and rolla. To „składnica złomu”, „garkotłuctwo”. „Spust surówki” i „ciężki przypadek”. Heavy metalowcy noszą długie włosy, aby ukryć blizny po lobotomii. Na debiutanckim krążku Iron Maiden nie znajdziesz utworu „Strange World”. Metallica to zespól duński, a Saxon nagrał heavy metalową wersję hitu Sinatry „Strangers In The Night”. a do tego ten Angus Young z AC/DC to taki straszny kurdupel. „The Number Of The Beast” znaczy „numer najwyższej jakości”, a Slayer to faszyści. Heavy metal cieszy się olbrzymią popularnością w Stanach Zjednoczonych, a tam, jak wiadomo, książek czytuje się niewiele. Piosenka „Heaven Is Hell” zespołu Accept to utwór „sataniczny”. Motorhead, czyli Motoryczna Głowa. Tytuł „Losfer Words (Big Orra)” jest nieprzetłumaczalny”, za to wiadomo, że Deep Purple znaczy Głęboka Purpura. No, a „Beating Around The Bush” (AC/DC) – „walenie w buszu”.
Skąd w buszu wzięły się kochające słoną wodę walenie? Skąd biorą się przytoczone wyżej rewelacje, dowcipasy płaskie jak nos Nicko McBraina i opisy tworzone drogą prostackich skojarzeń?
Odpowiedź na oba pytania leży w gestii wysoko wykwalifikowanych badaczy ziemskiej fauny tudzież weterynarzy i specjalistów od psychologii zwierzęcej. Zróbmy zatem ukłon w stronę licznych organizacji walczących o prawa dla zwierząt i miłosiernie puśćmy w niepamięć setki innych komentarzy i objawień dotyczących muzyki heavy metal. Komentarzy powstających na samej powierzchni mózgów gładkich jak asfalt w RFN. Mózgów należących do koneserów i ekspertów bardzo miernego chowu.
W centrum miasta, oparta na kilku cegłach stoi przyczepa kempingowa. Buda w pożółkłej bieli. W budzie można kupić kawał buły oblepiony przemęczoną serową rzygowiną. Do budy przyklejona jest przetłuszczona kartka z napisem: W placówce obowiązują ceny umowne. Buda to placówka.
W centrum miasta cuchną ludzkie odchody. To z toalety – mruczy do siebie tłustowłosy grubas przeglądając się w strumieniach pienistej uryny. Pękająca w szwach pod naporem gówna kanciapa to toaleta.
W centrum miasta otwarto „Salon Muzyczny Super-Hit”. W środku pięć metrów kwadratowych podłogi, kilkanaście zapyziałych kaset magnetofonowych przeszmuglowanych z Singapuru albo Zimbabwe i parę kusych kabli. Salon. Obok bar restauracyjny, a za rogiem pewnie restauracja barowa gdzie wyświniona śledziara (tzn. obywatelka starszy wydawacz posiłków regeneracyjnych) opuściła na chwilę stanowisko pracy celem, iżby umyć nogi w zlewie służbowym.
Dżem pomarańczowy z dyni, kawa zbożowa, jabłka-ananasy i pewnie także – deserowy budyń o smaku wolowym oraz kakao rzepakowe przyprawione pieprzem z pokrzywy.
Zgroza…
Tak karykaturalne pomieszanie pojęć zdaje się obejmować wszystkie aspekty naszej rzeczywistości, wszak żyjemy w kraju demokracji ludowej. A ponieważ wszystkie, wiec i te, którą nazwać możemy – pozostając jeszcze przez chwilę w zgodzie z kanonami pretensjonalnej nowomowy – propagandą rockową.
Propaganda rockowa nigdy nie rozpieszczała heavy metalu. Czujnie przestrzegała przed stukniętą ekstremą, z rzadka – w obliczu zagrożenia – zdobywała się na irytującą protekcjonalność, zawsze złowieszczo przypominając o przewodniej roli artystów wielkiego formatu albo 4AD. I zawsze obnażała swą przerażającą ignorancję „w tym temacie” jak mawia jeden gwiazdor z Kcyni (który nie ma tu absolutnie nic do rzeczy). Czymże zatem jest heavy metal? – postawmy emfatyczne pytanie i posłuchajmy tego Chodzącego Utrapienia zwanego Lemmym: To gitarowa muzyka, która nic przypadnie do gustu twoim rodzicom.
Co to jest heavy metal? – spytajmy Gary Moore’a i dowiedzmy się, że to kobieta, gitara, duma i ból.
Heavy metal? Hendrix, Van Halen i Motorhead – odpowie Steven Percy z Ratt.
Heavy metal..,?
Spróbujmy pójść drogą rozumowania, jaką zaproponował Philip Bashe w książce „Heavy Metal Thunder”. I niech wywód (po części) nasz połączy cechy pracy naukowej (i naukowej) z elementami rozrywkowymi, wszak rozmawiamy o rock and rollu.
Heavy metal jest kwintesencją rock and roiła. Rock and roli jest sztuką decybeli (jest głośny), a heavy metal – sztuką megadecybeli (jest głośniejszy). Rock and roli znaczy rozbić barierę dzielącą artystę od publiczności, a heavy metal kompletnie likwiduje tę barierę. Rock and roli jest wyzwaniem i buntem, a heavy metal łamie konwencje obyczajowe, estetyczne, a także te, które rządzą rock and rollem. Rock and roli jest sztuką zorientowaną na młodzież, a publiczność heavy metalu tworzą prawie wyłącznie osoby w przedziale wiekowym 13-25 lat. Rock and roli jest sztuką wtedy, gdy nie daje się wchłonąć przez tzw. kulturę wysoką, a heayy metal jest na tyle autonomiczny, że rzadko bywa eksponowany nawet w mediach typu radio i telewizja, nie wspominając o akceptacji. Rock and roli ma charakter ludyczny, a heavy metal jest od dwudziestu kilku lat najpopularniejszym nurtem w muzyce. Jeśli rock and roll niesie pozytywne przesłanie bezpośrednio odwołujące się do podstawowych kryteriów moralnych naszej cywilizacji, to heavy metal spełnia i ten warunek.
Cóż, pewnie to wszystko bardzo źle świadczy o rock and rollu.
Ale…

Ponieważ nie znamy ani poważnej, ani niegłupiej definicji naszego bękarta, pozostaje nam tylko jeden skuteczny sposób na przewąchanie jego zaplutego charakteru – uzmysłowienie sobie, którzy to artyści przyłapani zostali na publicznym wymachiwaniu flagą z literami HM.
I w tym miejscu żarty niestety się kończą. Bo oto na czele pocztu sztandarowego stoi Eddie Van Halen i jego wesoła czereda. Przy (przed?) nim Jimi Hendrix, tuż obok Led Zeppelin, Deep Purple, AC/DC, Aerosmith, Guns N’Ro-ses, Montrose, Black Sabbath, Iron Maiden, Kiss, Rush, Judas Priest, Motórhead, Thin Lizzy, Iggy Pop, Yngwie Malmsteen, Ted Nu-gcnt, Alice Copper…
Dalej?
ZZ Top, Slayer, Metallica, Queensryche, Anthrax, Blue Oyster Cult, Rainbow, Dio, Ja-nc’s Addiction, Living Colour…
Ile i jakie nazwiska kryją się za tymi hasłami…
Ile i jaka muzyka tętni w tych słowach…
Na wyliczenie nazwisk nie mamy miejsca, muzyki nie chcemy dziś przekładać na język pisany. Po tym nokaucie możemy jedynie pokusić się o tani przekład na język karciany – dysponując w/w atutami wygrywamy dziewięć na dziesięć partii. Dziesiątą przegrywamy z szulerem.
Powyższa wyliczanka ma wszelkie dane ku temu, by irytować. Co tu robi Rush? – zagai przyjaźnie kulturalny czytelnik i nie pozwoli wyrwać Kanadyjczyków spomiędzy swych Floy-dów i Yesów. Slayer koło takiej kiły jak ZZ Top?! – bluźnie thrashowiec-szowinista. Co to jest Montrose? – zapyta trzynastoletni Darek Bober z Katowic, którego na Metalmanii zachwycił Kreator. I tak dalej.
Będziemy zmuszeni przyznać się, że taki zestaw wcisnęła nam banda amerykańskich i angielskich historyków i krytyków rocka, którym po raz kolejny zaufaliśmy. Przecież patrzenie na Zachód to nasza domena. Chyba narodowa.

Ale manipulacja! – smarknie nam w oczy posiadacz bardziej wnikliwego umysłu i wytknie przebiegle: a gdzie trzecia i siódma liga. To też heavy metal.
Jasne. Ale ponieważ między wierszami już przyznaliśmy się do uprawiania propagandy, nabyliśmy prawo do selekcjonowania informacji – rzucamy na szalę wyłącznie atuty. Pamiętamy to ze szkoły. Tam też, ucząc się na przykład o romantyzmie poznawaliśmy największych epoki. I prekursorów. A poza tym – czy pukanina maluczkich jest w stanie zapędzić nas do czarnej dziury? Czy infantylizm Helloween ośmieszy I ron Maiden? Czy prostactwo Sodoma zagłuszy Guns N’Roses? Czy „Black Dog” nie rzuci na kolana jeśli zostanie zagrany bezpośrednio po „Hienie” Hammera? Czy Edward zapomni co to gitara, w chwili gdy ktoś upcha go w jednej szufladzie z Napalm Death i Open Fire?
Jeśli tak, to pożegnajmy na zawsze etykietkę heavy metal. Używajmy nazw i nazwisk, a być może unikniemy wielu uogólnień (nobilitujących i krzywdzących), stereotypów i zafałszowań

Wyjątkowo nietaktownym uogólnieniem dotyczącym muzyków heavy metal jest przekonanie o ich bardzo ograniczonych możliwościach zamykających przed nimi inne artystyczne drogi. Kontrując to twierdzenie można by przytoczyć wiele zapisów w kronik rockowych (np. niemetalowe piosenki jakie komponowali członkowie Kiss dla niemetalowych artystów, album „Diver Down” Van Halen). Ale pozwólmy, aby o tym, czy heavy metal może być wyborem świadomym i paru jeszcze sprawach opowiedział jeden z bogów rocka – STEYE VAI występujący dziś w grupie Whitesnake (wcześniej w Alcatrazz, P.I.L., z Frankiem Zappą i Davi-dem Lee Rothern). Oto jego artykuł (a nie część wywiadu) pt. „Mind Pictures” opublikowany przez „Guitar Player” w lipcu 1988 r.: Czasami gramy rzeczy, które ot, po prostu pojawiają się same z siebie i nie wiemy dlaczego. Według mnie są one efektem boskiej inspiracji. Oczywiście, można je brać za dobrą monetę i specjalnie się tym nie przejmować, ale można też domalować wyobraźnią ilustracje do tych flirtów z boskością.

Weź instrument i zagraj akord. Spróbuj wynaleźć taki, jakiego jeszcze nigdy nie grałeś (to łatwiejsze niż się wydaje – po prostu ustaw palce na gryfie w nowy sposób, możesz też rozstroić jedną czy dwie struny). Uderz akord w dowolny sposób i nagraj to. Słuchając nagrania pozwól, by twój akord „mówił” do ciebie. Niech jego brzmienie wywoła obraz w twej głowie – może znajomy widok, może jakieś przeżycie. Pozwól płynąć wyobraźni. Może zdarzyć się tak, że jedna impresja przerodzi się w długą historię. Na koniec zapisz to co miałeś przed oczami. (Gdy mieliśmy po 16 czy 17 lat, mój kumpel Joe Dispagni i ja często bawiliśmy się w ten sposób. Siadaliśmy z gitarami i jeden z nas brzdąkał akord. Potem opisywaliśmy sobie wrażenia jakie wywoływało w nas brzmienie – zwykle były to odległe i rozmyte obrazy).

Jest to ćwiczenie wyobraźni i powinno być wykonywane bez umiaru. Nie poprzestawaj na jednym akordzie. Posłuchaj tego, co skomponowałeś wcześniej albo piosenki, którą lubisz. Pozwól wyobraźni zmieniać kurs. Jeśli szukasz specjalnego tematu czy melodii spróbuj, może znajdziesz je w wizji z przeszłości, przyszłości albo w całkowicie niekonkretnym obrazie. Po pewnym czasie przekonasz się jak dobrze takie postępowanie wpływa na twoje podejście do grania i muzyki.
Kolejne ćwiczenia mogą pomóc ci dokonać odkryć, których nie dokonałbyś w żaden inny sposób. Pomyśl o kimś bliskim, albo o sobie. Ułóż piosenkę w standardowej formie (AABA czy cokolwiek) tak, aby każda część była odbiciem cechy charakteru tej osoby. Prawdopodobnie będziesz musiał zacząć od określenia swego punktu widzenia na rozmaite aspekty osobowości twojego „bohatera”. (Brzmi to jak lepsze nawiedzenie, co? No dobra, a po co ja to piszę?).
Pamiętaj żeby zawsze grać z przesadą i na wyrost. Jeśli uznasz, że partia wymaga akordu uderzonego twardo – rozwal go na kawałki. Jeśli konieczne jest coś szybkiego i agresywnego – bądź tak wściekły jak to tylko możliwe, bądź bardziej rozjuszony niż ci się wydaje, że możesz być. Jeśli twoja partia wymaga subtelności musisz przed graniem wprowadzić się w nastrój niezmąconej delikatności. Takie podejście jest konieczne dla uzyskania dynamiki – szczególnie dynamiki zespołowej, dlatego, że dynamika jest najbardziej skuteczna i efektowna, gdy grasz z przesadą.
Pomyśl teraz o znanych ci słowach, które spotyka się przy czytaniu zapisu nutowego (adagio, legato itd.). Prawdę mówiąc, do opisania muzyki możesz zastosować jakikolwiek przymiotnik, jakiekolwiek słowo. Na chybił trafił wybierz słowo ze -słownika i nazwij nim riff, utwór, akord albo solo (i nie zapominaj o graniu na wyrost).

Cokolwiek robisz – wciąż posuwaj się do przodu. (Ale nie sprawiaj po drodze bólu – ani sobie ani innym).

KRZYSZTOF WACŁAWIAK

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *